Teatr Gdynia Głowna

ONA.REKONSTRUKCJA- Młoda Krytyka - recenzja Jolanty Degutis

Recenzja Jolanty Degutis do spektaklu ONA.Rekonstrukcja, adaptacja dramatu Federica Garcii Lorki „Dom Bernardy Alby", tłumaczenie: Rubi Birden, reżyseria: Monika Jarząbek

„ONA. Rekonstrukcja i czarne koronki…”

Chwilę mnie tu nie było i tyle oszałamiających zmian. Już od drzwi frontowych, odświeżonych kolorystycznie przez otulony nastrojowym oświetleniem „przedsionek biletowy „, stylowe i przyjemnie w odczuciu foyer i docelową salę teatralną – jedyną w swoim rodzaju. Uwielbiam!
Okrągły stół, na nim butelka wódki i przekąska. Do sufitu przyczepiony jasny, okazały żyrandol z korali w różnym rozmiarze. Wszędzie dookoła jak i na scenie głównej zasłony z czarnej tkaniny z naszytymi finezyjnie koronkami, delikatnie tlące się gdzieniegdzie światło pozoruje podniosłość chwili. Posłusznie dołączamy do konduktu żałobnego i wkraczamy w mroczny świat mieszkańców domu. Gdzieś na ścianie można dojrzeć wiszącą białą suknię, która stwarza jakby niewielki punkt odniesienia do nadziei i energetycznej siły na bliżej nieznaną nam przyszłość.
„Dom Bernardy Alby „to sztuka Federica Garcii Lorki, hiszpańskiego twórcy, która stała się inspiracją dla „ONA. Rekonstrukcja „wyreżyserowanej debiutancko w Teatrze Gdynia Główna przez Monikę Jarząbek. Role kobiece grane przez Urszulę Kowalską, Martę Jaszewską oraz Małgorzatę Polakowską – porywająco przysposobione. Odegrane z należytą dramaturgią jak i sensownym przesłaniem o całości. Jest moc we wszystkim czego dotyka dana chwila.

„- W tym domu nikt nie zrobi nic bez mojej zgody. Mam na wszystko oko ”
Czy aby na pewno?
Słowa te kilkukrotnie powtarzane w trakcie spektaklu, w moim odczuciu mają dać Bernardzie poczucie sprawczości, apodyktycznej władzy nad domownikami, ale to tyle. Ważniejsze zawsze było i jest przestrzeganie archaicznych zasad moralnych, z pozoru wzniosłych wartości, często rozbiegających się z czynami i słowami nad prawdziwe życie. Żałoba zarządzona po śmierci drugiego męża, to próba uwięzienia wszystkich córek w czterech ścianach na lata przez musztrującą matkę. Zamknięcie i klaustrofobiczne wręcz prowadzenie ich codziennego życia, gdzie drobne promyki słońca nachalnie wciskają się choć trochę przez chwilowo odsłonięte okno – potęgują tylko bunt i chęć wyzwolenia się z tego marazmu.
Miarowość i stylistyka każdej z postaci, ruchy często zakradające się pośród czarnych koronek. Otaczające napięcie i suspens. Niepewność co się wydarzy, nierzadko poczucie przeszywającego chłodu to charakterystyczne cechy spektaklu. Duży stół, kolacja – (cenię w teatrze właśnie taką dosłowność i prawdziwość, gdzie słychać każde mlaśnięcie czy westchnienie, którego nie ma w scenariuszu) Tak dobitnie ukazuje obcość oraz sztywność osób, poruszanych jakby na sznurkach przez animatora, a które przecież są rodziną i spożywają wspólny posiłek!
W niedalekiej przyszłości mówi się o zaślubinach najstarszej z córek z przystojnym i pożądanym przez pozostałe Pepe el Romano. Wszystko się komplikuje z chwilą, gdy okazuje się, że ów Pepe i najmłodsza Adela mają się ku sobie. Ona jako jedyna wśród noszących czarne, powłóczyste suknie – ma też na sobie krzykliwe kolorystycznie rajstopy i buty przez co widać wypełzającą z niej młodzieńczą wiarę w miłość i erotyzm. Wbrew matce i siostrom odważnie stawia swoje romantyczne kroki. Kiedy schadzki i zakochanie z nieodpowiednią z córek wychodzą na jaw, historia nie kończy się dla niej dobrze. Tylko czy to coś zmienia w oczach i sercu Bernardy?…
W ilu domach, w ilu rodzinach istnieje od pokoleń taki despotyczny schemat… Zakłamana moralność, brak przyzwolenia na rozniecanie własnych pragnień, hipokryzja w mowie i czynach. Rezygnacja z własnego szczęścia i zezwolenie na przejęcie kolei losu przez matki czy babki. Czy nie czas powiedzieć dość?!
Sztuka piękna a scenografia tak bardzo przenikająca się z moją estetyką artystyczną. Mogłabym rozprawiać jeszcze długo w temacie – brawo Marzena Chojnowska! I te głosy z offu… Każdy indywidualnie wymowny. Oszczędnie wyprowadzane oświetlenie niesamowicie podkreślało wydźwięk opowiadanej historii.

Nie ukrywam, to nie jest lekki i rozrywkowy czas w teatrze, ale sposobność do zadumy i rozżarzenia gdzieś w swoim wnętrzu manifestu dla innej przyszłości… Pełnej wariacji, mądrego szaleństwa i godności!

Jolanta Degutis