PRÓBY JÓZEFA K. – Młoda Krytyka – recenzja KACPRA JĘDRZEJCZAKA
Recenzja Kacpra Jędrzejczaka do spektaklu „Próby Józefa K.” na podstawie „Procesu” Franza Kafki w reżyserii: Ewy Ignaczak
PRÓBY JÓZEFA K. - Młoda Krytyka - recenzja KACPRA JĘDRZEJCZAKA
Recenzja Kacpra Jędrzejczaka do spektaklu "Próby Józefa K." na podstawie "Procesu" Franza Kafki w reżyserii: Ewy Ignaczak
„Próby Józefa K.” – Recenzja (nie)spodziewana?
Minęło kilka ładnych lat, kiedy po raz pierwszy miałem okazję obejrzeć tytułowe „Próby”
w ramach dorocznego festiwalu „Pociąg do miasta”. Przyznając ze wstydem, nie znałem wówczas
treści słynnego „Procesu” Kafki – no, najwyżej poprzez opracowania lektur – aby móc cieszyć się
tym, czego doświadczałem, w pełnej krasie. Około sześciu lat później dalej nie naprawiłem tego
małego faux pas, ale nie odczuwam wstydu. W zamian zrozumiałem, że musiałem po prostu jeszcze
nieco dojrzeć oraz zrozumieć rzeczy, nad którymi dawniej się zastanawiałem, a które w pędzie
codzienności odłożyłem na „półeczkę na później” we własnej głowie. Ot, taka moja natura jako „półdzikiego”recenzenta-amatora. Czy było jednak warto wybierać się w piątkowy wieczór, żeby
zobaczyć to jeszcze raz? Oj, jak najbardziej…
Na tyle, na ile jestem w stanie to ocenić, spektakl oddaje treść kafkowskiego „Procesu”;
możliwym jest, że pomija niektóre mniej istotne fragmenty – przy czym jednak nie będę twardo
obstawał, ze względów opisanych akapit wyżej. Co jest jednak ważniejsze, prezentuje nam
konkretnie, jak tytułowy Józef K. traktuje całą sytuację: będąc skupionym przede wszystkim na sobie
i swojej małej codzienności, tym niewielkim wycinku świata nazywanym własnym, a pozornie
wyrwanym z całej rzeczywistości i jej sieci wzajemnych zależności, popada w coraz głębszy
egocentryzm i próżność. Nie zawahałbym się powiedzieć nawet, że może i narcyzm. On nie stawia
się w roli niesłusznie oskarżonej ofiary – on się poprzez nią zapada, nieubłaganie spychając się w dół
własnymi, lekkomyślnymi poczynaniami. Co interesujące, poprzez kolejne scenki można
obserwować również jego wersję pięciu etapów żałoby: na początku pojawia się zdumienie i
zaprzeczenie; przechodzą one w gniew, okazywany momentami trochę niedojrzale; później próby
negocjacji, etap depresji i apatii, aż po zwykłe zaakceptowanie sytuacji. Chociaż… czy Józef aby
faktycznie zaakceptował swoją sytuację? W jego przypadku były to bardziej rezygnacja i bierność.
Pośród całej gamy wrażeń i odczucia oczyszczenia, jakiego doznałem w wyniku oglądania
„Prób”, nie mógłbym zapomnieć o tym, jakim wyzwaniem fizycznym była ta sztuka dla aktorów. Nie
robili może kaskaderskich pokazów, rodem z filmów akcji, jednakże balansowanie na rusztowaniu
na kółkach w różnych pozach czy przetaczanie lub przepychanie wspomnianego już rusztowania, jak
i żelaznej ramy łóżka (również na kółkach) – w tym i niemalże na kursie kolizyjnym oraz w tym
samym momencie – wymagało sporego wysiłku, wzajemnej koordynacji i – jak przypuszczam –
niemałej ilości prób, aby doprowadzić to do jakości, którą miałem przyjemność podziwiać. Stąd też
wielkie chapeau bas dla panów Marka Kościółka oraz Jakuba Kornackiego, którzy to wcielili się w
odpowiednie role w trakcie sztuki. Ponadto, dodatkowe wyrazy uznania dla ostatniego z
wymienionych panów, który w finałowej scenie miał za zadanie rzucać nożami w drewniane deski,
wyściełające ramę łóżka – jestem w stanie potwierdzić z własnego, amatorskiego doświadczenia, że
jest to rzecz niełatwa, zwłaszcza w obecności obserwującej publiki.
Kończąc niniejszą recenzję, chciałbym zasięgnąć jeszcze do jednego elementu, jaki dotarł
do mnie w trakcie oglądania – otóż, nurtowało mnie regularnie, czego dotyczył właściwie cały
„Proces”; jak mogłem rozumieć problem tytułowy? I właśnie w trakcie tego piątkowego wieczoru do
mnie dotarło, że chodziło o proces… życia. Utrzymujący się w trakcie całej sztuki niepokój i
nieokreślony egzystencjalny lęk, niejasne oskarżenie i utajona wina (wina w postaci samego faktu
istnienia, jak na moje), człowiek będący aresztowanym, jednak bez kajdan i uwięzienia – wszystko
zaczęło zbiegać się wzajemnie w całość. Kim zaś byli sędziowie procesu? Cóż, pokusiłbym się o
interpretację, że chodziło albo po prostu o personifikowaną Śmierć, albo o wariację na temat Sądu
Ostatecznego – zarówno jedno, jak i drugie dotyczące rzeczy nieuniknionych dla każdego człowieka.
Ot, przekucie wewnętrznych rozterek i rozmyślań Kafki o egzystencji jako takiej, w połączeniu z
myślami o świecie. Ilu ludzi, tyle interpretacji, a ja między tym raczej niezbyt oryginalny.
Pozwalając sobie ponownie na małe powtórzenie z początku tekstu – jeśli ktoś zastanawia
się nad tym czy warto wybrać się na „Próby Józefa K.”, odpowiem że jak najbardziej warto. I to
nawet więcej niż tylko raz.
Kacper „Katz” Jędrzejczak